07/04/2026
PIP z nowymi uprawnieniami. I moja zmiana myślenia o tej zmianie…
W Państwowa Inspekcja Pracy właśnie zaczyna się nowy rozdział. Dziś w Dzienniku Ustaw została opublikowana nowelizacja ustawy, która realnie wzmacnia kompetencje inspekcji pracy.
I powiem szczerze - kiedy zaczynały się prace nad tymi zmianami, byłam sceptyczna.
Nie podobała mi się wizja, w której inspektor przychodzi do firmy i może „przemianować” umowę cywilnoprawną w umowę o pracę. Widziałam w tym ryzyko nadmiernej ingerencji w relację między stronami. Ryzyko zaburzenia równowagi.
Ale dziś, patrząc na ostateczny kształt przepisów, widzę coś innego.
Widzę kompromis.
Bo tak - inspektor może wydać decyzję o istnieniu stosunku pracy, jeśli sposób wykonywania pracy odpowiada temu, co definiuje Kodeks pracy.
Ale jednocześnie pracodawca ma prawo się od tej decyzji odwołać do sądu.
To nie jest więc automatyczne „przekształcenie z mocy urzędu”. To jest decyzja, którą można zakwestionować.
I to - w mojej ocenie - jest bardzo ważna granica. Bo z jednej strony mamy skuteczność działania państwa.
Z drugiej - zachowanie prawa do obrony.
I właśnie dlatego uważam, że to rozwiązanie jest mądre.
A jednocześnie… potrzebne.
Bo pracuję z firmami, które bardzo odpowiedzialnie podchodzą do swoich ludzi. Które rozumieją, że prawo pracy to nie jest przeszkoda - tylko fundament.
Ale mam też pełną świadomość tego, jak wygląda rynek. Są miejsca, w których:
– wynagrodzenie nie jest wypłacane na czas,
– część pensji funkcjonuje „pod stołem”,
– pracownik traci swoje prawa, bo forma zatrudnienia została dobrana „pod koszt”, a nie pod rzeczywistość,
– umowa cywilnoprawna jest nazywana „elastycznością”, choć w praktyce jest pełnym podporządkowaniem.
I to nie są historie z raportów.
To są historie z życia.
Niedawno byłam w moim miasteczku na Mazurach. Rozmawiałam z ludźmi. Słuchałam, jak wygląda lokalny rynek pracy.
I naprawdę - włosy stanęły mi dęba.
W takich momentach przestajesz patrzeć na przepisy wyłącznie z perspektywy „czy to nie jest za daleko idące”.
Zaczynasz widzieć, że czasami brak reakcji jest większym problemem niż nadmiar regulacji.
Dlatego patrzę dziś na te zmiany szerzej. Bo one nie sprowadzają się tylko do pytania: etat czy umowa cywilnoprawna.
One dotykają czegoś znacznie głębszego. Spójności. Między tym:
– jak praca jest wykonywana,
– jak jest zarządzana,
– i jak jest formalnie uregulowana.
Bo największy problem w wielu organizacjach nie polega na samej formie umowy.
Problem polega na tym, że:
– ktoś pracuje jak pracownik,
– funkcjonuje jak pracownik,
– odpowiada jak pracownik,
a formalnie pracownikiem nie jest.
Do tej pory to była często „szara strefa”.
Po tej zmianie - to będzie konkretne ryzyko decyzji administracyjnej. I to zmienia bardzo dużo.
Bo nagle przestajemy rozmawiać o tym, „czy ktoś kiedyś pójdzie do sądu”.
Zaczynamy rozmawiać o tym, że decyzja może zapaść w trakcie kontroli. Że komuś zapali się lampka. Ktoś słabszy odzyska swoje uprawnienia.
Do tego dochodzą kolejne elementy:
– wyższe kary (nawet do 90 000 zł),
– dostęp do danych ZUS,
– kontrole zdalne,
– możliwość działania także po zakończeniu działalności przez pracodawcę.
Nie wierzę w to, że ta zmiana „rozwiąże wszystkie problemy rynku pracy”. Ale wierzę, że dla wielu pracodawców będzie momentem zatrzymania.
Bo jeśli ktoś działał na granicy prawa -
to dziś może po prostu przestać ryzykować. Uporządkować model. Nazwać rzeczy po imieniu. Oddać ludziom to, co od dawna powinno być standardem.
A dla firm, które już działają dobrze?
To jest po prostu potwierdzenie kierunku.
Z mojej perspektywy to dobry moment, żeby zadać sobie jedno, bardzo uczciwe pytanie: czy nasz model współpracy z ludźmi jest naprawdę spójny - nie tylko na papierze, ale w codzienności?
Bo dziś największym ryzykiem nie jest już błąd w umowie.
Największym ryzykiem jest rozdźwięk między tym, co zapisane… a tym, co dzieje się naprawdę.
I tego już nie da się schować za żadnym dokumentem…
Może te przepisy nie są idealne, ale wiem jedno są bardzo potrzebne…
A jakie jest Twoje zdanie w tej sprawie?