19/05/2026
Od pewnego czasu pisałam o tym trochę tajemniczo.
Nie mówiłam wprost, gdzie pracowałam w zeszłym roku, z kim współpracowałam i co tak naprawdę się wydarzyło.
Dzisiaj postanowiłam napisać prawdę.
Nie dlatego, że chcę robić sensację.
Nie dlatego, że lubię wracać do sytuacji, które kosztowały mnie zdrowie, nerwy, pieniądze i ogromny stres.
Piszę to dlatego, że po mnie kolejna dziewczyna przekonała się, co to za człowiek.
I uważam, że milczenie w takich sytuacjach tylko pozwala takim ludziom dalej działać.
W 2025 roku, od stycznia, pracowałam w Casa Ideal Alicante.
Szefem tej agencji Casa Ideal jest Michał Kołtyś, znany również jako „Warszawski Inwestor”.
Nie zostałam zatrudniona na umowę o pracę, bo — jak zrozumiałam — on nie zatrudnia ludzi normalnie na umowę. Ja miałam założoną swoją firmę. Kiedy jednak zapytałam o umowę między nami, usłyszałam od niego, że on ma tyle pieniędzy i takich prawników, że jak będzie chciał, to i tak podważy każdą taką umowę.
Już wtedy powinna mi się zapalić czerwona lampka.
W firmie pracowała Karolina, która była jego prawą ręką i szefową biura w Marbelli. Była też Renata jako agentka oraz jego partnerka Paula, która zajmowała się projektowaniem.
Niestety miałam pecha, bo nie znałam tego człowieka. Myślałam, że trafiam do fajnej ekipy, że wszystko będzie profesjonalnie, uczciwie i tak, jak powinno być. Zwłaszcza że dziewczyny pracowały z nim już jakiś czas, a Karolina bardzo chwaliła swojego szefa i opowiadała, ile to oni sprzedają, jakie mają dostępy, jak pierwsi dostają najlepsze inwestycje i jakie mają wyniki.
Po dwudniowym szkoleniu, na którym słyszałyśmy głównie o jego flipach, osiągnięciach, o tym co kupił, co zarezerwował, ile zarobił oraz historie o tym, jak to byli partnerzy go okradli, agenci oszukali, a on ogólnie jest biedny, bo wszyscy wykorzystują jego wiedzę — uwierzyłam, że może faktycznie trafiłam do miejsca, gdzie będzie można dobrze pracować.
Miałam obiecane minimum 11 sprzedaży miesięcznie.
Prowizja miała wynosić 20% od całości prowizji agencji.
Miałam usłyszeć, że minimum zarobku w pierwszym roku to 50 000 euro.
Byłam szczęśliwa, bo pomyślałam, że w końcu będę mogła pracować na poważnie, w miejscu, które ma klientów, strukturę, zaplecze i realne możliwości.
Ja miałam odpowiadać za Alicante i Costa Blanca.
Michał Kołtyś oznajmił, że jestem szefową biura Alicante.
Zajęłam się zdobyciem umów z deweloperami, bo okazało się, że na Costa Blanca nie mieli praktycznie nic. Żadnych konkretnych kontraktów, żadnej bazy, żadnych gotowych relacji z deweloperami, aby móc realnie oferować klientom obra nueva na Costa Blanca.
Mój główny kontakt był z Karoliną. Dawałam z siebie wszystko, bo ja naprawdę potrafię zdobyć prawie każdą nieruchomość, jeśli klient jej szuka i jeśli taka nieruchomość istnieje. Pracowałam, jeździłam, kontaktowałam się z deweloperami, budowałam bazę, załatwiałam dostęp do inwestycji i robiłam wszystko, żeby biuro Alicante mogło działać.
Pierwsze dwie rezerwacje miałam online.
Dwóch klientów zarezerwowało nieruchomości bez przyjazdu do Hiszpanii. Znałam bardzo dobrze tę inwestycję i należę do osób, które oferują klientom tylko to, co naprawdę uważam za dobre dla nich — a nie to, co jest najlepsze dla mojej prowizji.
Niestety od marca, po tych dwóch rezerwacjach, klientów było coraz mniej.
Ci, którzy przylatywali, albo nie mieli realnego budżetu, albo dzwonili do Kołtysia i pytali, która inwestycja jest najlepsza, a on mówił im, żeby i tak kupili na Costa del Sol.
Więc z obiecanych 11 sprzedaży miesięcznie zrobiło się 0 sprzedaży.
On obiecywał klientom cesje i mówił, że tak mam sprzedawać. Problem polegał na tym, że tutaj, na Costa Blanca, u deweloperów, których ja znam, żaden nie godził się na takie cesje w sposób, w jaki on to przedstawiał ludziom.
Klienci rezygnowali z zakupu, bo ja nie zamierzałam obiecywać im czegoś, czego nie dostaną.
Powiedziałam mu wprost, że nie wiem, jak jest na Costa del Sol, ale tutaj na Costa Blanca deweloperzy, z którymi rozmawiam, nie zgadzają się na takie rozwiązania.
On twierdził, że powie mi, jak to się robi.
Do dnia, w którym odeszłam, nigdy mi tego nie wyjaśnił.
W tym samym czasie jego posty, w których obiecywał ludziom zarobki na cesjach, były coraz częstsze. Pokazywał, jak to sprzedaje, ile to sprzedał w weekend, jakie są możliwości, jakie zyski, jakie okazje. A ja na Costa Blanca nie miałam klientów, nie miałam wsparcia reklamowego i nie miałam realnego narzędzia do zarabiania.
Poproszono mnie też o odebranie biura w Alicante.
Odebrałam klucze jako szefowa biura Alicante. Pomagałam doposażyć biuro. Jeździłam po meble. Taszczyłam je. Pomagałam składać. Sprzątałam. Załatwiałam internet i całą resztę, żeby biuro w Alicante nadawało się do użytku.
Na szkoleniu usłyszałam, że najpierw trzeba coś pokazać i dać coś od siebie, żeby później czegoś chcieć.
Byłam tak naiwna, że poświęciłam na to swój czas, siłę i zdrowie.
Choruję na fibromialgię. Ból ciała, który towarzyszy mi od 2016 roku, zrozumie tylko osoba, która żyje z chronicznym bólem dzień w dzień. Mimo tego robiłam wszystko, co było potrzebne.
Niestety nikt nawet nie zapytał, czy mi za to zapłacić.
Nie otrzymywałam wynagrodzenia za nic.
Na marginesie — dostałam samochód i robiłam jeszcze za kierowcę.
Woziłam klientów, odbierałam, pokazywałam inwestycje, organizowałam wszystko, jakby to była moja firma i jakbym miała z tego normalny dochód.
Aż w końcu przyszedł maj i poprosiłam go o pieniądze.
Powiedział, że dobrze, że jeden klient już wpłacił 20%, że niedługo będzie prowizja i że mam wystawić mu fakturę na 1000 euro plus VAT.
Potem kolejny miesiąc.
I kolejny.
Błagałam go o te pieniądze, bo nie miałabym nawet na czynsz.
Jego to nie obchodziło.
On chwalił się tym, jak zarabia, gdzie je, w jakich restauracjach bywa, jak podróżuje, jakie ma życie, a ja ledwo ciągnęłam do kolejnej daty płatności i kolejnego czynszu.
Klientów nie było.
Nie dawał reklam na Costa Blanca, bo z mojej perspektywy miał kompletnie gdzieś, czy ja zarobię. Najważniejsze było to, czy on zarobi.
Mieliśmy zrobić otwarcie biura w Alicante.
Z otwarciem biura miało być połączone szkolenie inwestycyjne. Niestety na szkolenie zgłosiły się dwie osoby i on nawet nie przyjechał, żeby poznać inwestycje na Costa Blanca.
Najśmieszniejsze, a zarazem najbardziej absurdalne było to, że klienci po pobycie u mnie mieli do niego zadzwonić i opowiedzieć, jakie inwestycje zobaczyli, a on miał im pomóc wybrać jedną z nich.
I tutaj zaczyna się najlepsze.
Michał Kołtyś nie miał pojęcia o inwestycjach na Costa Blanca.
Po wyjeździe klientów kazał mi opisywać, gdzie byli, która inwestycja moim zdaniem jest najlepsza, jak zachowywali się klienci, która im się najbardziej podobała — i na tej podstawie doradzał klientom z Costa Blanca.
Na początku mogłam korzystać z samochodu również na własny użytek.
Z miesiąca na miesiąc, kiedy nie było klientów, sytuacja się zmieniała. On nawet nie odbierał telefonu, kiedy dzwoniłam zapytać, dlaczego nie ma klientów i dlaczego ci, których mi daje, nie mają pieniędzy na nieruchomości za 300 tysięcy euro.
On uważał, że mam namawiać klientów, żeby mieli 30% wartości nieruchomości na wpłatę, a resztę brali na hipotekę.
Mówiłam mu, że tak nie można. Pytałam, co będzie, jeśli nie dostaną hipoteki albo jeśli inwestycja nie będzie miała licencji.
Jego odpowiedź brzmiała:
„Co nas obchodzi, co będzie za dwa albo trzy lata.”
Ja naprawdę podziwiam ludzi, którzy nadal wierzą w to, co on mówi.
W teamie w Marbelli pracowała też Kornelia. Pracowała jako kierowca. Celowo piszę „pracowała”, bo niestety i z ciężkim sercem mogę tylko napisać, że dołączyła do kółka osób zrobionych w balona przez Kołtysia.
Wracając do momentu mojego odejścia.
Przed tym przyjechali klienci, którzy zarezerwowali kilka nieruchomości. Kwota wynosiła chyba około 6 milionów euro.
Matko, jak on mi gratulował.
Jak mnie chwalił.
Mówił, że wiedział, że się nimi zajmę, bo mam klasę i takie bzdury.
Jednak po namyśle klienci zrezygnowali z willi. Sytuacja była dziwna, bo negocjowaliśmy cenę, przypieczętowali to uściskiem dłoni, a następnego dnia zrezygnowali.
Zostały jeszcze 4 apartamenty, czyli około 4,4 miliona euro.
Ja i tak już wiedziałam, że brak wypłaty i brak stałego dochodu może doprowadzić mnie tylko do długów i utraty godnego życia.
Przyszedł lipiec i okazało się, że została wypłacona pierwsza prowizja na jego konto.
Klient kupił nieruchomość chyba za 320 000 euro. Prowizja w całości wynosiła 8%, z czego 5% było płatne wtedy, a 3% po notariuszu.
Napisałam do Karoliny z pytaniem, na jaką kwotę mam wystawić fakturę, jeśli chodzi o moją prowizję ze sprzedaży.
Usłyszałam od niej, że przecież dostałam 3 razy po 1000 euro, więc zostały mi do wypłaty grosze.
Zapytałam: jakie grosze?
Odpowiedziała, że 121 euro z VAT.
Napisałam więc do tego pseudo milionera i zapytałam o moją prowizję.
Odpowiedział mi w taki sposób, że poczułam, jakby grunt usunął mi się spod nóg.
Po sześciu miesiącach pracy, robienia trzech etatów, organizowania biura, zdobywania deweloperów, wożenia klientów, sprzątania, doposażania, pracy bez normalnego wynagrodzenia — usłyszałam, że w sumie jestem nikim i nie zasłużyłam na nic więcej.
Wiedziałam już, że jestem w czarnej dupie i muszę ratować się sama.
Założyłam ponownie swoje strony i zaczęłam robić dodatkowe rzeczy, bo nie mogłam pozwolić sobie na brak prowizji i jakiegokolwiek dochodu.
Kolejna prowizja mogła przyjść dopiero w listopadzie, a klientów już nie było.
Zaczął ograniczać mi dostęp do samochodu.
Najpierw mówił, żebym sprzedawała online i jeździła pokazywać klientom inwestycje, a później powiedział, że nie będzie płacił za paliwo „burakom”, którzy chcą online zobaczyć wideo.
Nie mogłam już jechać i pokazać klientom nieruchomości oraz okolicy na żywo.
Wtedy wiedziałam, że czas podjąć decyzję o ewakuacji.
Karolina wiedziała, że nie mogę sobie pozwolić na to, żeby być bez jakiegokolwiek dochodu. Wiedziała, co on do mnie pisał, co mówił i co robił.
To wyglądało tak, że dzwonił do mnie na głośniku, często przy swojej partnerce, wyzywał mnie i odkładał słuchawkę.
A później pisał na WhatsAppie miłe wiadomości, że wszystko będzie super, że chce, żebym robiła doposażenia u siebie, że chce zatrudnić mojego męża.
To było tak, jakbym rozmawiała z dwiema różnymi osobami.
Jedna osoba przez telefon mnie poniżała, a druga pisała miłe wiadomości i obiecywała przyszłość.
Doprowadził mnie do takiego stanu, że przez dwa tygodnie tak mną pomiatał, że wylądowałam na pogotowiu przez stres i nerwy.
Zemdlałam w domu i trafiłam na pogotowie. Dostałam leki na nadciśnienie i uspokajające.
Wiedziałam, że to już koniec mojej pracy u niego, bo to było dla mnie za dużo.
Powiedziałam też, że nie będę już jeździła po klientów ani ich woziła.
Wtedy przyjechał z Kornelią do Alicante, żeby ze mną porozmawiać i coś mi zaproponować.
Kornelia zabrała samochód i wróciła do Marbelli.
On po wejściu do biura był nagle tak miły, że do rany przyłóż.
Niestety ja już nie mogłam na niego patrzeć.
Była ze mną moja córka, ponieważ miałam zabrać moje książki z biura. Musiałyśmy później wracać z ciężkimi torbami autobusem.
Obiecał mi nawet, że nas odwiezie do domu, ale oczywiście tak się nie stało.
Ja i tak wiedziałam, że odejdę. Moja rozmowa z nim trwała około 6 minut, bo nie miałam już ochoty słuchać tych samych kłamstw, które słyszałam wcześniej.
I wiecie, co było najlepsze?
21 sierpnia mam urodziny.
Ludzie składali mi życzenia w social mediach. Miałam relacje na Instagramie, Facebooku i WhatsAppie. Widzieli to.
Nikt z agencji nie złożył mi życzeń.
Ani Karolina, ani Renata, ani Paula, ani Michał.
Wchodzili na relacje i żadne z nich nie napisało nawet zwykłego „wszystkiego najlepszego”.
Zero.
Kim trzeba być, żeby nie złożyć życzeń osobie, z którą się pracuje?
22 sierpnia poinformowałam Michała Kołtysia, że odchodzę.
23 sierpnia rano każdy klient otrzymał informację, że odeszłam z Casa Ideal.
Napisałam wypowiedzenie bardzo miłe, spokojne i z klasą.
Po tym zostałam zablokowana.
Wysłałam fakturę na 121 euro i do dzisiaj nie otrzymałam zapłaty.
Nie otrzymałam też zapłaty za kolejnego klienta, który kupił ze mną apartament — tego samego klienta, który kupił pierwszy apartament. Powinnam dostać 20% z 5% prowizji, a w 2027 roku powinnam dostać 20% z każdych 3% od apartamentu po notariuszu.
Oczywiście Karolina, wiedząc, że odeszłam, powiedziała ludziom, że zostałam zwolniona.
Mówiła też, że w biurze w toalecie woda wyschła, bo rzekomo mało tam jeździłam.
Co za perfidne kłamstwo.
Przed oddaniem kluczy posprzątałam biuro.
Nikt mi nie płacił kilometrówki za dojazdy do biura. Żaden klient nie chciał się spotykać w tym biurze. Klienci chcieli oglądać inwestycje, lokalizacje i konkretne nieruchomości, a nie siedzieć w biurze.
On również mówił, że mnie zwolnił.
Tylko że do dzisiaj nie byłby w stanie pokazać żadnego dokumentu, w którym mnie zwalnia.
Bo ja odeszłam sama.
Odeszłam, bo nie mogłam już dłużej pracować bez pieniędzy, bez szacunku, bez bezpieczeństwa i bez normalnych zasad.
Odeszłam, bo nie chciałam brać udziału w obiecywaniu klientom rzeczy, których nie mogłam im uczciwie zagwarantować.
Odeszłam, bo moje zdrowie, moja godność i moja rodzina są ważniejsze niż praca dla człowieka, który z mojej perspektywy wykorzystuje ludzi, obiecuje złote góry, a później zostawia ich z niczym.
Resztę opiszę innym razem, bo sama myśl o tym człowieku napawa mnie obrzydzeniem.
Ale dzisiaj kończę milczenie.
Pracowałam w Casa Ideal Alicante.
Szefem był Michał Kołtyś, znany jako Warszawski Inwestor.
I to jest moja historia.
Nie plotka.
Nie domysł.
Nie opowieść zasłyszana od kogoś.
Moje doświadczenie.
Moja praca.
Moje zdrowie.
Moje pieniądze.
Moje pół roku życia.
I jeżeli ten post sprawi, że choć jedna osoba zastanowi się dwa razy, zanim uwierzy w piękne obietnice, szkolenia, luksusowe historie, wielkie liczby i opowieści o milionach — to warto było to napisać.